Jeszcze niedawno byli traktowani z przymrużeniem oka – jako ci „od końca świata”, wiecznie gotowi na apokalipsę. Dziś coraz więcej osób zaczyna ich rozumieć. Pandemia, wojna, inflacja, susze i blackouty sprawiły, że to, co kiedyś wydawało się przesadą, dziś bywa rozsądną formą ostrożności. Preppersi nie są już marginalną subkulturą – to zróżnicowana społeczność ludzi, którzy po prostu chcą być gotowi. Na co? W zasadzie – na wszystko. I choć nie wszyscy mają bunkier w ogródku, to wielu z nas mogłoby się od nich sporo nauczyć.
Co to jest preppers (a właściwie kto to) – i dlaczego to już nie tylko hobby?
To pytanie pada coraz częściej, bo prepping przestał być czymś niszowym. Zatem co to jest preppers? Najprościej mówiąc: to osoba, która świadomie przygotowuje się na różne scenariusze kryzysowe – od zwykłej awarii prądu po długotrwały brak dostępu do wody czy żywności. Ale to tylko wierzchołek. Preppersi budują zapasy, uczą się, jak przetrwać w trudnych warunkach, testują swoje możliwości i planują z wyprzedzeniem. To nie są ludzie, którzy żyją w strachu – wręcz przeciwnie, chcą mieć kontrolę. Dla wielu z nich to nie tylko praktyka, ale też sposób myślenia i życia. I choć brzmi to jak coś bardzo konkretnego, tak naprawdę kim jest preppers – zależy od osoby. Dla jednych to rolnik z ziemianką, dla innych – mieszkaniec bloku z kilkoma baniakami wody i planem awaryjnym w głowie.
Kim naprawdę jest preppers i dlaczego nie jest tym, za kogo go masz?
Nie, preppersi to nie tylko brodaci samotnicy z siekierą w ręku i latarką czołową na głowie. W rzeczywistości to często zupełnie zwyczajni ludzie, których mijasz codziennie w sklepie, pracy, przychodni. Lekarze, nauczyciele, rodzice, informatycy, a czasem Twoi sąsiedzi. To osoby, które po prostu podjęły decyzję, że nie chcą być zaskoczone. Kim jest preppers? To ktoś, kto woli mieć zapas żywności i plan awaryjny, niż liczyć na szybki powrót do „normalności” po kolejnym kryzysie. Niektórzy mają tylko podstawowe zasoby i wiedzę, inni tworzą całe systemy – z alternatywnym zasilaniem, wodą ze studni, ogrzewaniem off-grid. Wbrew obiegowej opinii, większość z nich nie myśli obsesyjnie o końcu świata. Myśli o tym, jak poradzić sobie, gdyby na chwilę zniknął komfort, do którego jesteśmy przyzwyczajeni.
Od konfitur po filtry do wody – co tak naprawdę gromadzą preppersi?
Wyobrażenie o piwnicach pełnych konserw i wojskowych racji żywnościowych to tylko część obrazu. Rzeczywistość jest o wiele bardziej zróżnicowana. Preppersi gromadzą wszystko to, co może się przydać, gdy dostęp do usług czy produktów będzie ograniczony. Żywność z długim terminem przydatności, oczywiście – ale nie tylko. Woda i środki do jej oczyszczania, latarki, baterie, apteczki, odzież termiczna, narzędzia. Niektórzy robią przetwory, suszą zioła, uczą się konserwacji mięsa, zakwaszania warzyw. Dla jednych liczy się ilość – dla innych jakość i trwałość. Popularne są również zestawy ewakuacyjne, tzw. BOB-y (bug-out bags), które mają wszystko, co niezbędne na pierwsze 72 godziny od wybuchu kryzysu. Wbrew pozorom, preppersi w Polsce są bardzo pragmatyczni – nie inwestują w gadżety, które „dobrze wyglądają”, tylko w to, co naprawdę działa.
Kiedy plan ewakuacyjny to nie fanaberia – jak wygląda codzienność preppera?
Z zewnątrz może wyglądać jak zwykły dzień – ale u preppersa za prostymi czynnościami często kryją się konkretne założenia. Zakupy? To nie tylko „coś na obiad”, ale element długofalowego planowania. Oglądanie prognozy pogody? Czasem punkt wyjścia do sprawdzenia stanu zapasów lub przeglądu systemu ogrzewania. Codzienność preppersa to nie panika, tylko system.
Regularne ćwiczenia, testowanie wyposażenia, aktualizacja planów ewakuacyjnych, kontrola terminów przydatności żywności. Wielu z nich prowadzi dzienniki, w których notują zmiany, poprawki, nowe wnioski. I wcale nie robią tego w piwnicy przy świeczce – często to świadomi, zorganizowani ludzie, którzy łączą nowoczesne technologie z tradycyjną wiedzą. Preppersi w Polsce nie odcinają się od świata – raczej tworzą własne scenariusze i uczą się nimi zarządzać.
Samowystarczalność nie tylko na pokaz, czyli co oznacza życie bez zależności?
Samowystarczalność to jedno z tych słów, które brzmią romantycznie, ale wymagają konkretnej pracy. Dla preppersów to nie moda, tylko realna potrzeba – być może najważniejszy cel. O co chodzi? Chociażby o to, by mieć własne źródło wody – studnię, system zbierania deszczówki. Albo o własną produkcję żywności: ogródek, szklarnię, zapasy zrobione samodzielnie. Energia? Tu liczy się każdy panel słoneczny, agregat, piecyk na drewno. Samowystarczalność to także umiejętność – jak naprawić kran, jak ugotować bez prądu, jak ogrzać pomieszczenie bez gazu. To sposób na to, by nie być uzależnionym od zewnętrznych dostawców w sytuacji kryzysowej. Dla wielu to początek nowego stylu życia – nie w kontrze do nowoczesności, ale jako rozsądne uzupełnienie. Prepping nie oznacza rezygnacji z technologii – ale raczej świadomość, że technologia może zawieść. A wtedy lepiej być gotowym.
Społeczność, która działa w ciszy – jak wyglądają grupy preppersów w Polsce?
Choć prepping kojarzy się z indywidualizmem, to wiele działań opiera się na współpracy. Istnieją lokalne grupy, w których preppersi wspierają się, wymieniają wiedzą, organizują spotkania, szkolenia, wyjazdy. To nieformalna, ale bardzo efektywna sieć kontaktów. W Polsce preppersi tworzą zamknięte fora, grupy na Facebooku, kanały na YouTube – tam dzielą się doświadczeniem, ostrzegają przed dezinformacją, recenzują sprzęt, podpowiadają, co warto kupić, a co to strata pieniędzy. Czasem organizują wspólne zakupy, żeby zaoszczędzić, albo ćwiczenia terenowe, by przetestować swoje umiejętności. Co istotne – zaufanie w tych kręgach buduje się długo. Nikt tu nie chwali się wszystkim publicznie. Dla wielu to przestrzeń bezpieczna, w której można otwarcie mówić o swoich planach, obawach i działaniach – bez obawy o ocenę.
Czy to jeszcze rozsądek, czy już paranoja? Granica, która łatwo się zaciera
To pytanie wraca jak bumerang – nie tylko z zewnątrz, ale też wewnątrz środowiska. Gdzie kończy się zdrowy rozsądek, a zaczyna obsesja? Kiedy jeszcze jesteś przygotowany, a kiedy już boisz się wszystkiego? Preppersi też o tym dyskutują. Niektórzy mają tendencję do przesady – kupują sprzęt, który nigdy nie zostanie użyty, żyją w ciągłym napięciu. Inni balansują – inwestują w wiedzę i praktyczne rozwiązania, nie zapominając o codzienności. Granica nie zawsze jest widoczna. Czasem przeskakuje się ją w emocjach – po kolejnym kryzysie, informacji w mediach, osobistym doświadczeniu. Dlatego tak ważna jest równowaga. Prepping to nie rezygnacja z życia, tylko jego uzupełnienie. Jeśli zaczynasz się izolować, zaniedbywać relacje, tracić zaufanie do wszystkich – warto się zatrzymać. Bycie gotowym to jedno, ale życie w strachu to już zupełnie co innego.
Skąd ten boom na prepping? Kryzysy, które zmieniły sposób myślenia
Jeszcze kilka lat temu niewiele osób słyszało o preppersach. Dziś temat pojawia się w mediach, podcastach, rozmowach przy kawie. Co się zmieniło? Przede wszystkim – rzeczywistość. Pandemia COVID-19, wojna w Ukrainie, inflacja, drożyzna, susze, niepewność energetyczna. To wszystko sprawiło, że wiele osób poczuło się bezradnie. I wtedy przypomnieli sobie, że ktoś jednak był na to gotowy. Preppersi. Ci, którzy nie musieli biec po papier toaletowy, bo mieli go w domu. Ci, którzy nie panikowali, gdy zgasło światło, bo mieli latarki i zapas baterii. To był moment przełomowy – z żartów przeszli do roli tych, którzy „wiedzieli wcześniej”. Dziś coraz więcej ludzi nie pyta, „po co to wszystko”, tylko „jak zacząć”. I to chyba najlepiej pokazuje, że preppersi w Polsce nie są już marginesem, ale świadomym wyborem wielu zwykłych osób.
Zobacz także inne nasze wpisy:

